Marger od myśli swej nie odstępował.

— Spalić go musimy — wołał — to im ochotę odejmie, a nim drugi zbudują, czas zyskamy, i goście się ich rozjadą.

Reda godziła się na podpalenie statku, lecz gdy syn oświadczył się, że sam poprowadzi tych, których wyprawić miano, puszczać go nie chciała.

Chłopak obstał przy swoim.

— To moja pierwsza próba — mówił — czuję, że mi się powiedzie. Muszę iść. Ze Szwentasem nie boję się niczego. Ten, co mnie tu potrafił przyprowadzić, będzie wiedział, jak począć, byśmy cali uszli.

Uradowany Szwentas w piersi się bił i przysięgał, że dokażą tego, iż statek zapalą, a sami wrócą do Pillen nietknięci.

Musiała się Reda zgodzić na prośby i nalegania syna, dumna tym będąc, iż mężnym się okazywał, a przeciw Niemcom zajadłym.

Obawiała się tego, aby ich potęga nie odjęła mu odwagi.

Z zapałem niezmiernym rzucił się drugiego dnia Marger ze Szwentasem i ludźmi w bok lasami ku miejscu, gdzie się statek miał znajdować. Na wyjezdnym tylko, żegnając narzeczoną, przyprowadził ją do matki i w ręce jej oddał.

— To mój skarb — rzekł — strzeżcie go dla mnie, bo bez niego życie mi niemiłe, a dla niego jam je dać gotów.