— Kunigasiku — odezwał się — zamek twój niczego; ale to kupa chrustu, nas tu upieką Krzyżacy. Szkoda ludzi i nas szkoda. Co mówisz, Kunigasiku?

— Z drogi! — krzyknął Marger.

Szedł wprost na podwórce. Tu stali Bajorasowie jego i dowódcy, czekając nań, posępni. Zobaczywszy pana, odsłonili głowy.

— Krzyżacy ciągną — rzekł młody, przybierając powagę starą. — Pilleny bronić się im będą. Mówcie: macie męstwo? Komu go brak, niech stąd idzie precz; kto zostanie ze mną, na śmierć się musi gotować.

Stary Wiżunas okiem potoczył po swoich i rzekł głosem spokojnym.

— Raz człek umiera.

Żaden się nie ruszył, o wyjście prosząc, nie zadrżał nikt.

Marger z nimi razem obszedł okopy dokoła. Wszystek lud przyjmował go radośnie i każdy mu powtarzał:

— Raz człek umiera.

Gotowali się na śmierć wesoło, choć wiedzieli, że pogrzebu i stypy, i pieśni mieć nie będą.