Gdym na łożu leżała, ogarnęła mię trwoga. W matce i synu jedna jest dusza; coś ty pomyślał, tom ja odczuła. Kochasz dziewczynę, chce ci się szczęścia, porwałbyś ją i zbiegł, a tę dziada mogiłę dał wziąć bez kropli krwi wrogom?! Ty?!

Marger zadrżał i pobladł; duma rycerska wstąpiła w piersi jego, duch dziadowski.

— Nie — zawołał Marger — zobaczysz; obronić nie potrafimy, ale umrzeć potrafim.

Rozśmiał się uśmiechem nie krzyżackiego wychowańca, ale dzikiego człowieka.

Reda spojrzała mu w oczy.

— Mój syn jesteś! — szepnęła.

Nie obracając się już ku niemu, poczęła szybko schodzić z wieży, samym go tu zostawiając.

Marger w duszy wydał już był wyrok na siebie.

— Dzień szczęścia, a potem... śmierć!!

Wpół wschodów siedział skurczony Szwentas i zaparł mu drogę.