Chłopak pozdrowił ją tylko wejrzeniem; nie godziło mu się w sukni zszarzanej wnijść do izby; zniknął.
Pieśni żałośliwe brzmiały dalej wedle obyczaju. Ognisko płonęło wesoło. Reda krzątała się ze łzami w oczach, a uśmiechem na ustach.
Żałobę miała jeszcze w piersi, a ledwie czas na wesele. Krzyżaków jeszcze nie było.
I prześpiewano noc całą, a kto nie szedł słuchać pieśni i zapijać na szczęście nowożeńców, ten siedział i ostrzył topory.
Nazajutrz nie było Swalgona, co by im błogosławił, stary Wiżunas przepasał się biało i wianek wziął na siwe włosy.
Baniuta siedziała na dzieży znowu, na kolanach jej stał kubek piwa i chleb biały, drużki cztery kosy złote przeciągnęły przez cztery złociste pierścienie i płacząc je obcięły.
Wstała Baniuta i, kubek do ust poniósłszy, resztę wylała na progu. Marger czekał jej u stołu. Trzy razy oprowadzono młodą około ogniska, nim ją przy nim posadzono. Spojrzała wesoło ku niemu. On siedział smutny.
— Panku mój — szepnęła do niego — rozmarszczże czoło, wszak ci to wesele nasze. Mnie by płakać przystało, tobie się cieszyć; aż mi wstyd, że smutną być nie mogę.
— A mnie, że wesołym być nie umiem.
— Dlaczego? — zapytała Baniuta.