— Ludzie, na wały! — zawołał.

Nie mylił się: Krzyżacy szturm przypuszczali.

Dokoła opasali gród, jakby łańcuchem żywym. Szli, śpiewając. Knechty niosły susz na głowach, drudzy dymiące pochodnie w rękach, inni topory błyszczące.

Co żyło, przyparło się do zagrody. Niewiasty niosły wodę w cebrach; ludzie kamienie dźwigali; słabsi naciągali łuki.

Wiżunas nakazał milczenie. Walki nie miał poczynać nikt, aż by ją Niemcy sami otwarli.

Tuż pod parkanami słychać było zrzucane drzewo, dym pochodni dochodził do nich. Niemców za chrustem widać nie było. Z góry posypał się deszcz strzał i grad kamieni, a na rozpalony susz lunęła woda. Chwilę wstrzymali się Niemcy, zawahali; padło kilku z krzykiem i stoczyło się.

Z tyłu wołano do szturmu i gęsty zastęp znowu ku parkanom się cisnął.

Był to pierwszy dzień walki, lecz od razu zajadle rzucono się ze stron obu.

Marszałek, który stał na pagórku i patrzał, u boku mając Brandeburczyka, głową poruszył i rzekł:

— Niełatwo im podołamy.