Byli między nimi ludzie dobrzy; teraz wszystkim on złym być musiał.

Wyrzucał sobie, że nie zabił Bernarda; lecz gdyby raz wtóry znalazł się tak z nim oko w oko, z mieczem w dłoni, znów by mu ręka zadrżała.

Przy żonie siedząc, zabijał ich wszystkich w myśli; wpatrzywszy się z dala, słabnął.

Krzyżacy, jakby naumyślnie, ociągali się ze szturmem; dni kilka leżeli, nie poczynając nic. Śpiewali jedni pieśni pobożne, drudzy piosnki wesołe. Lud na wałach rwał się do walki. Kto ma śmierć przed sobą, temu pilno raz skończyć z życiem.

— Głodem nas chcą wziąć! — mówił Wiżunas — trzeba szczędzić strawy, a nuż Kunigas Wielki w pomoc przyjdzie i z tyłu na nich uderzy?

Niemcy zwozili susz i bełty oblewali smołą.

Jednego dnia pod zatkniętym w polu krzyżem stanęli dokoła. Ołtarz było widać w pośrodku. Ojciec Antoniusz mszę odprawiał. Marger, stojący na wieży, jakimś ruchem mimowolnym za czapkę pochwycił, chciał ją zdjąć według dawnego nawyknienia i wbił na powrót ze złością na głowę.

Rozległa się pieśń, znał ją dobrze, wtórował jej nieraz w kościele.

Z dołu, od podnóża wieży, słychać było piosenkę Baniuty.

Obie pieśni mieszały mu się w sercu, w głowie; zacisnął uszy, zbiegł z góry.