Nagle krzyk straszny usłyszał i padł na ziemię u wnijścia. W obozie tysiące głosów go powtórzyło dokoła; z głębi milczenia wstała burza okrutna, jakby ziemia rozwarła się pod nogami Niemców. Konie rżały, oręż szczękał, biegały oddziały, tętniło i grzmiało.

Wiżunas, z uchem przyłożonym do ziemi, leżał. W jamie nic słychać nie było; potem zaszumiało w niej, jakby wąż się sunął ku niemu. Starzec uląkł się Niemców i nóż ujął w rękę. Wtem Marger ukazał się z twarzą ziemią osypaną, tchnął, odprostował się i padł znużony obok Wiżunasa.

Gdy go stary otrzeźwił i spytał, nie umiał mu nic odpowiedzieć. Wskazał tylko na miecz swój, który powrócił suchy — i westchnął.

Nie zabił nikogo.

Tegoż dnia przejście zasypano podziemne.

Rano beczki wytoczono w podwórze.

Załodze sprawiono wesele; ale głośnych pieśni zawodzić nie było wolno. Jedni stali poza ścianami, czatując; drudzy obsiadali konwie i wiadra, czerpali i pili.

— Raz człowiekowi umierać! — śpiewali.

Marger to do żony szedł i na ławie przy niej przysiadał, to na okopy się drapał i w obóz patrzał. Znał w nim tam wszystkich i mógł nazwać każdego z rycerzy po imieniu; poznawał ich po zbroi i chodzie, po czeladzi i koniach.

Niektórzy z nich nosili go na rękach. Ojciec Antoniusz mówił mu o Bogu, Bernard pilnował go, gdy na koń siadał i toczył się z włócznią w podwórzu.