— Ja — potwierdził chłopiec, prostując się — kto wie: popłoch ich może ogarnie; odstąpić mogą.

Starzec ze zwieszoną głową dumał.

— Szkoda was — rzekł — a gdy wy zginiecie, któż zamek obroni?

— Ty! — rzekł krótko Marger, rękę mu kładnąc131 na ramieniu. — Nikomu słowa! milcz...

Obejrzał się dokoła: noc była; przysłuchał: obóz Krzyżaków spał cały; nic się w nim nie poruszało.

Wziął miecz swój do ręki i na palcach ostrza jego spróbował; ku komnacie weselnej powiódł oczyma. Chciał zajść na pożegnanie; ale potem czy miałby siłę z niej wynijść?

— Chodźmy, Wiżunas — rzekł.

Posłuszny starzec doprowadził go do jamy drzwiami zapartej. Tu do nóg mu padł i jęknął.

Marger znikł w ciemnościach. Wiżunas pozostał na straży. Gdyby mu lata łez nie wypaliły, byłby płakał — nie mógł.

Cisza długa staremu się wiekiem wydawała. Nie było jej końca.