— Jak to! — sprzeciwił się Marszałek. — Nie wiecież, że to jest klucz do tej ziemi, że stąd oni wycieczki na nas czynią, że samo opanowanie trwogę na nich rzuci?

Radźcież, co poczynać, aby je przyśpieszyć! — odezwał się stary Siegfried. — Przyjdzie pora dżdżysta, ogniem ich wziąć będzie trudniej, a szturm ludzi wielu życia pozbawi.

Hrabia Namur odezwał się, że oni oręża dobrego nie mają, a tym mniej uzbrojenia, więc się ich wielce lękać nie potrzeba. Liczbą też nie zastraszają, bo gródek mały i wielu ich by się tam nie mogło pomieścić.

Bernard, na uboczu siedzący, milczał.

— Bracie Bernardzie — odezwał się Marszałek. — Wychowanek ów wasz nieszczęsny, jeśli nie dowodzi, to pewnie się znajduje na gródku. Ten rozumniejszy by powinien być od innych. Wezwać go na rozmowę; życiem darujemy, niech się poddadzą.

Siegfried się uśmiechnął.

— Pierwszego bym go powiesić kazał — rzekł. — Ale nie szkodzi nic życie obiecać, bo słowo poganom dane nie waży. Ponieważ ochrzczony był, ojciec Antoniusz wyspowiada, a potem na gałąź. Duszę ocalimy: to najważniejsza.

Bernard wstał z pniaka, na którym siedział, lecz nic nie odpowiadał.

— Bracie Bernardzie — powtórzył Marszałek — spróbujcie rozmowy. Oszczędzić możemy krwi naszej.

— Próbować można — odparł Bernard — lecz wątpię, by się zgodzili, a bardziej jeszcze, aby się to zdało na co.