Bernard wyszedł, z białą chorągwią i gałęzią zieloną; herold Marszałka zbliżył się ku twierdzy, trąbiąc i wołając po litewsku...

— Na spokojną rozmowę.

Krzyżak stał i spoglądał z dala, czekając.

Nikt z grodu nie odpowiadał długo. Herold wolnym krokiem objeżdżał dokoła na próżno, a Bernard z wolna się za nim posuwał. Ponad parkanami, na wyżkach, pokazał się wreszcie Marger z mieczem w ręku.

Stanęli naprzeciw niego.

On i Bernard zmierzyli się wejrzeniem. Marger milczał.

— Znacie siłę naszę — odezwał się Krzyżak, podnosząc głowę — widzicie, że osaczony gródek wasz utrzymać się nie może. Żal mi was; możecie ocalić życie swoje i rodziny. Obrona próżna: poddajcie się.

Marger wzruszył ramionami pogardliwie.

— Jam tu przyszedł z moimi ginąć, a nie ratować się bez nich — rzekł dumnie.

— Chrześcijanin, walczycie przeciw chrześcijanom — dodał Bernard.