— Nie jestem już chrześcijaninem, nie! — zawołał Marger.

Wyrazy te na chwilę Krzyżakowi usta zamknęły.

— Śmierć więc ciebie i was wszystkich czeka — zagroził Bernard — ani jeden z was nie wyjdzie stąd żywym.

— Myśmy na to gotowi! — chmurno zawołał Marger — ale nie z waszej zginiemy ręki. Co nas zostanie po boju, tym gród za stos posłuży.

— Marszałek wam życie daruje! — raz jeszcze powtórzył Bernard.

Marger uśmiechnął się.

— Bądźcie zdrowi, Bernardzie! — zawołał. — Źle byście mnie wychowywali, gdybym dziś męstwa w obliczu śmierci nie miał i sprzedał braci za mizerne życie; zdrów bądź, bracie Bernardzie.

Poza Margerem już ludzie jego niecierpliwi szemrali, wzburzeni niemiecką rozmową; okrzyki słyszeć się dawały z dala:

— Po co ich szczekania słuchać. Bić się i umierać!

Wiżunas nawet krzyczał na młodego Kunigasa: