— Nie gadajcie z nimi.

Inni wołali, by do Krzyżaka strzelać.

— Nie chcemy nic od nich! Bić się, bić się i ginąć.

Marger zeszedł z rusztowania spokojny. Skinął ręką, dając znak, aby ludzie biegli do parkanów. Początek walki we wszystkich ducha rozżarzył do wściekłości i szaleństwa. Im mniej było nadziei ocalenia, tym rozpacz stawała się dzikszą. Ludzie podsycali ją jeszcze u stojących otworem beczek.

— Bić się i ginąć! — śpiewano.

Szał ogarniał dzieci, niewiasty, starców. Każdy chwytał, co mógł podźwignąć, i chciał biec przeciw nieprzyjacielowi.

Gród, dotąd milczący, napełnił się wrzawą i gwarem, które z dala słychać było.

Gdy Bernard do namiotu powrócił, rada wojenna, która wiedziała, że z niczym przychodził, już była o losie oblężonego zamku postanowiła.

Ponieważ sił miano więcej, niż ich na niewielki gródek potrzebowano, wniósł Wielki Komtur, aby oblegający mieniali się w ten sposób, by na chwilę nie dać spoczynku oblężonym.

Dzień i noc bez ustanku miano szturmować, podpalać, parkany rąbać i nie przerywać napaści, nacierając ze stron wszystkich.