— Czyńcież z nim, co chcecie! — nie dając mu dokończyć, zamruczał Mistrz.

Zwrócił się do komina, jakby twarzy swej nasępionej ukazać nie chciał obojętnemu Bernardowi.

— Za poprzedników moich — począł — choć ja im zasług nie ujmuję, namnożyło się Endorfów. Każdy chciał być panem na swoję29 rękę, każdy chciał mieć zasługi własne, tu, gdzie ani sukni, ani konia, ani sławy i znaczenia rycerzowi mieć się nie godziło. Więc czynił każdy, co chciał; ale na przyszłość tak nie będzie.

Bernard odparł powoli:

— Jeżeli mi to zarzucacie jako winę, na co cała kapituła nasza dała przyzwolenie, zwołajcie Radę, każcie mnie sądzić. Stanę — nie opieram się; naznaczycie karę, pójdę na chleb i wodę, choćby z Endorfem.

Mistrz się odwrócił z twarzą wykrzywioną.

— Dosyć! — rzekł — gdybym chciał, nie potrzebowałbym zezwolenia waszego, aby was sądzić. Jakkolwiek wy tu, prosty rycerz, macie jakieś znaczenie nad stan i stopień, mieszacie się do wszystkiego, przewodzić chcecie wszystkim; ja — nie boję się was... nie boję!

Bernard skłonił się z pokorą razem i dumą jakąś:

— Nie przywłaszczam sobie tu nic nad to, do czego każdy z nas rycerzy ma prawo. Władzy waszej zawsze byłem i jestem podległy.

To mówiąc, ukłonił się brat Bernard naprzód Mistrzowi, potem przytomnym, i drzwiami, wiodącymi do wielkiej, pustej jeszcze jadalni, wyszedł. Na kamiennej posadzce słychać było chód jego, którego starcie się z głową Zakonu nie przyśpieszyło.