Wielki Komtur, z Marszałkiem najwyższą po Mistrzu godność piastujący, z poszanowaniem, lecz bez obawy, zbliżył się do Ludera, który jeszcze patrzył za odchodzącym.

— Wasza Miłość — rzekł łagodnie — macie jakieś uprzedzenie przeciw niemu. Obeszliście się z nim ostro. My przywykliśmy go szanować. Ma długoletnie i wielkie zasługi w Zakonie, i tę największą, że, choć mu kapituła kilka razy dostojeństwa wyższe ofiarowała, odrzucał je zawsze.

— Tak! — odparł Mistrz — wolał, nie mając ani tytułu, ani obowiązku, do wszystkiego się mieszać, podglądać wszędzie i rządzić potajemnie. Ja nad sobą, ani obok siebie, takich skrytych pomocników nie zniosę.

Starszyzna spojrzała po sobie, a Wielki Komtur zapewne dalszy o to spór uznał niewłaściwym, bo zamilkł.

Obrót i koniec rozmowy zasępił czoło Luderowi. Czuł może, iż się niepotrzebnie zdradził. Ku Marszałkowi się obróciwszy, spytał o przygotowania do wycieczki na Litwę.

Zapewniono go, że wszystko było w gotowości, i że mrozów tylko czekać mieli, aby im błoto i trzęsawiska stężały.

Wielki Komtur oznajmił, iż o nadciągających ochotnikach z Niemiec przyszły wiadomości.

Wszystkie te uspakajające nowiny nie potrafiły jednak Mistrza rozweselić. Pozostał zamyślony, jakby gniewu przeciwko bratu Bernardowi nie pozbył się jeszcze.

Po chwili, przeszedłszy się po salce raz i drugi, na drzwi do swej kapliczki i sypialni spojrzał — ku temu pamiętnemu przejściu, w którym Osselena zamordowano — i skłoniwszy głową przytomnym, oddalił się ku mieszkaniu swojemu. Oczekujący za progiem Kompan, Henneberg, drzwi mu otworzył.

Pozostali zabierali się także do wyjścia.