— Niesprawiedliwym jest jeszcze Mistrz względem brata Bernarda — po cichu począł Podskarbi — mało go zna chyba.

Wszyscy to zdanie potwierdzili głowami.

— Jest to istotnie mąż poszanowania godny i najwyższej dla Zakonu zasługi — dodał Marszałek. — Drudzy o sobie zawsze pamiętają po trosze — ludźmi jesteśmy — ten nigdy o niczym nie marzył, prócz wielkości Zakonu, prócz jego dobra, i niemal człowiekiem być przestał, tak w tę suknią wrósł, którą nosi.

— I sławy ani znaczenia dla siebie nie szuka — rzekł Komtur. — Lecz Luder go później nauczy się lepiej cenić.

— A za Bernarda ręczyć można — dorzucił, uśmiechając się, Marszałek — iż przez to na Endorfa nie wyrośnie i zamiast myśleć o zabójstwie, sam by się dał zabić dla Zakonu.

Ogień powoli przygasał na kominie, starszyzna rozchodzić się zaczęła.

Wielkiemu Komturowi na sercu leżało, iż Bernard odszedł pokrzywdzony i dotknięty niesprawiedliwymi wymówkami. Z sali rycerskiej udał się wprost do jego mieszkania — tu go nie było.

Izdebka, którą on od dawna miał przywilej sam zajmować, choć wielu innych po dwu mieszkali, ogołoconą była ze wszystkiego, co by ją wygodniejszą uczynić mogło. Prawdziwie zakonne ubóstwo w niej się rozpościerało wśród nagich ścian, na twardej ceglanej podłodze, ledwie w części matą z sitowia pokrytej. Łóżko było niemal barłogiem, rynsztunek na konia w kącie rzucony, wedle starej reguły, żadną nie świecił błyskotką.

Gdy u innych rycerzy coś zdradzało jakieś ludzkie upodobanie, fantazją30 i nałogi; tu czuć było, iż mieszkał człowiek, dla którego obojętnym było wszystko.

Najsurowsze oko nic by przeciwko ostrym prawom pierwotnym, dziś wielce już zwolnionym31, nie dostrzegło.