Z poszanowaniem też na tę izdebkę anachorety32 wojaka popatrzywszy, Komtur miał się oddalić, gdy gospodarz jej się przybliżył.

W twarzy jego nie widać było ani oburzenia, ani gniewu za wyrządzoną mu krzywdę. Wracał, zajęty widocznie czymś innym, i spostrzegłszy w progu Wielkiego Komtura, z poszanowaniem go pozdrowił. Razem weszli do zimnej celi.

— Bracie Bernardzie! — odezwał się raźnie dygnitarz, ton mowie nadając wesoły — przychodzę do was, abym pocieszył. Luder was nie zna, a władzy swej jest zazdrosnym; wybaczyć mu trzeba.

— Z całego serca! — zawołał, uśmiechając się, Bernard. — Tu ani o mnie, ani o niego nawet nie chodzi. Myśmy słudzy wielkiej sprawy, narzędzia, które bodaj się pokruszyły, byle ona zwyciężyła.

— Święcie mówicie — potwierdził Komtur — czyńcież wedle tego.

— Inaczej nie myślę — odparł Bernard. — Dla mnie główna, że mi dozwolił w tej sprawie postąpić, jako zechcę. Doprowadzę więc ją do końca, a nie powiedzie się...

— Dlaczego ma się nie powieść? — spytał Komtur.

Bernard się namarszczył trochę.

— Dlatego — rzekł — że w ludzkich sprawach pewnego nie ma nic i że najpotężniejszego siłacza głupie ziarno piasku obali, gdy, nie widząc go, poślizgnie się na nim. Tak i ja. Chłopakam chował, rósł mi na pociechę, a teraz...

— Chory? wyzdrowieje! — rzekł obojętnie Komtur.