Zsiadł z konia stary i dając innym przykład, za którym jednak nikt nie poszedł, śmiało wkroczył między trupy, rozglądając się i uśmiechając.
W progu loszku leżał trup Baniuty, twarzą do góry, z usty otwartymi, jak do uśmiechu. Ręką trzymała się za pierś skrwawioną, odemknięte zaszklone oczy patrzały już w światy inne.
Siegfried stanął nad nią.
— Służka pani Gmundy tu także! — odezwał się — na Boga! i ta się tu znalazła. Wychowaniec Bernarda wziął ją z sobą w drogę, aby mu nietęskno uciekać było.
Szyderstwo to na cmentarzu i żgliszczach nie znalazło odgłosu, czym stary Krzyżak wcale się nie zdawał dotkniętym.
Rozpatrywał się w niedogorzałych trupach, jakby je chciał liczyć.
— Podobno — rzekł — i łupem się tu żadnym nie pożywimy. Nie dosyć, że się pozabijali, jeszcze mienie swe na stos z sobą pościągali. Widać resztki niedopalone. A! to żmije są, nie ludzie.
Wszystek tłum, który się na gródek wdarł, pozostał w dali, przypatrując się i iść dalej nie śmiejąc; na każdym ta rzeź okrutna, dobrowolna, czyniła wrażenie przygnębiające. Byliż to ludzie?? Jakież uczucie w piersiach ich mieszkało, które taką obojętność na życie zrodzić mogło? Jakaż nienawiść pałała na tym wielkim stosie ofiarnym!
Wśród milczenia ogólnego stary Siegfried spojrzał ku obozowi.
— A co, mili panowie — rzekł — ja sądzę, że nam tam stoły już musiano pozastawiać. Taki widok pieczonego mięsa pogańskiego zaostrza apetyt. Idźmy się pokrzepić.