Spoglądali na siebie; oczom własnym wierzyć się im nie chciało. Najdzikszym nawet, co się tu mordować i pastwić gotowali, serce w piersiach uderzyło.

Na żadnych ustach nie znalazło się słowo, by wyrazić podziwienie i zgrozę.

Stali tak w osłupieniu długo, patrząc na stos, na żgliszcza, na trupy, na siebie.

Brat Bernard tylko postąpił kroków parę i pochylił się nad ciałem Margera. Do skrwawionej piersi, z której krew płynęła jeszcze, przyłożył dłoń: martwą i stężałą była. Wargi jego zdawały się szeptać modlitwę.

— Zaprawdę — odezwał się głosem słabym Brandeburczyk — warto było odbyć długą pielgrzymkę i wyprawę przedsięwziąć, aby widok mieć taki, którego do zgonu człowiek nie zapomni.

— Dzicz! dzicz! — trochę szydersko zamruczał hrabia Namur — przecież, gdyby133 starzy Rzymianie jacy, umrzeć umiała. Heroizm to, jakiego w dziejach nie znam przykładu, godzien, aby go uwieczniła pieśń poety.

Marszałek dumał.

— Widzisz, mości książę — odezwał się — z kim tu Zakon ma do walczenia. Ci, co własnego życia nie żałują, przekładając śmierć nad niewolę, strasznymi są dla nas. Dlatego wy wszyscy pomagać nam powinniście, bo, jakkolwiek potężny Zakon, nie podoła zrozpaczonym.

Stary Siegfried pierwszy odzyskał zupełną swobodę myśli i humor swój zwykły.

— Oszczędzili nam roboty — odezwał się pogardliwie — sami sobie wymierzając sprawiedliwość.