Baniuta, na ramionach Margera wisząca, białe piersi odsłaniała.

— Drogi mój! już czas.....

Osunęła się na progu, skrwawiona.

Marger wściekły wyskoczył i, gdy Bernard się zbliżał, na miecz dobyty z piersi Baniuty, padł, nie wydawszy jęku.

Tłoczyli się zwyciężcy.

Obraz, który się im przedstawił, nawet rozgorzałych długą walką, pijanych i oszalałych, osłupił. Wszyscy stanęli, zaledwie na podwórze wtargnąwszy, jakby ich siła jakaś niewidzialna wstrzymała.

Bernard widział, jak Marger, żonę uścisnąwszy, miecz w jej pierś pchnął i sam się nań rzucił.

Był to ostatni żywy człowiek w Pillenach.

Ogromnym stosem płonęły one całe, twierdza, domy, szałasy, wszystko. Morze płomieni chłonęło trupy i pożerało konających.

Marszałek, wjeżdżający konno jako zwyciężca, za nim Brandeburczyk, hrabia Namur i cały orszak dostojnych gości, oniemieli, zatrzymali się u progu.