Przez krew i trupy szedł do niej, brocząc po kostki i stąpając po piersiach zastygłych.

— Baniuto! jeszcze ich nie ma! — wołał głosem drżącym.

Zbliżył się do niej. Objęła go rękoma i głowę złożyła mu na ramieniu.

— Patrz — rzekła — nagotowałam miecz ostry. Tyś przysiągł!

Marger słuchał.

Stos tylko płonął, skwarcząc i sycząc, a poza parkanem hałasowali Niemcy, drapiąc się nań, rąbiąc, przystawiając drabiny.

Na jeden uścisk czas został jeszcze, ale na słowo nie było już czasu.

Oczy Margera wlepione były w tę stronę, z której najpewniej wpaść mieli Krzyżacy.

Z łoskotem padły wrota ogromne i białe płaszcze ukazały się w podwórzu.

Pierwszym, który wpadł, był brat Bernard — któż wie, może wychowańca chcąc ocalić.