Bernard zadumał się. Dalszy plan potrzebował namysłu. Nie chciał się zupełnie zwierzać swemu półdzikiemu posłowi, który tymczasem bystrymi oczyma zdawał się mu myśli dobywać z duszy i uśmiechnął się chytrze.

Bernard przeszedł się po izbie.

— Dość na tym — rzekł — idź, praw40, co ci kazano, a bacz pilno, co powie? co się jej wyrwie z serca? Matką jest.

— Babą jest! — dodał Szwentas — alem ja o niej słyszał. Już ją zemsta dawno na męża41 przerobiła. Tylko nią dysze za to dziecko jedyne.

— Tym lepiej — przerwał Bernard — a gdy się dowie, że żyje?

Szwentas sobie dłońmi usta zamknął i głową a sobą zaczął potrząsać i rzucać. Czy śmiał się, dziwował, czy niepokoił — rozeznać było trudno. Śmiał się, chociaż teraz śmiech jego mniej był wesoły i szczery.

Bernard zbliżył się doń i powtórnie wszystko to mu powiedział, czego po nim wymagał. Chłop głową potwierdzał każde słowo, a bystre oczu wejrzenie poświadczało, że pojmował dobrze powinność swoję.

Wreszcie znów koniec płaszcza pochwycił i pocałował.

Pochylił się potem do samej ziemi, zawrócił i wytoczył z izby.

Bernard pozostał sam. Ani rozmowa z Wielkim Mistrzem, która innego by zburzyła, ani rozkazy, dane w tak ważnej sprawie Szwentasowi, nie odjęły mu tego spokoju, który lata wyrobiły, zahartowując go.