— A patrzajże! — wtrącił Kurt. — Skąd wzięły się płaszcze szare! Kto się im ze czterech herbów nie wywiódł, szary nosić musi, choć szlachcic jest i tak dobry jako i drudzy. Herb herbem; najmężniejszy, gdy niebogaty jest i pleców nie ma, szaro go ustroją. A te szaraki lepiej się odbiją od białych.

Patrzajże! — powtórzył, gderząc, stary. — Wielki Mistrz kompana ma; już ich biali wszyscy mieć muszą, a wkrótce jednego im będzie mało. Dawniej pigmentu w wielkie święta kubek dawano dla pokrzepienia, teraz go flaszami po izbach roznoszą. Dawniej nikt sukni nawet własnej nie miał na grzbiecie; teraz bez łańcucha biały nie wynijdzie47 do gości, a u każdego szkatuła stoi dobrze nabita. Nie wolno było do niewiasty przemówić; hę! teraz starszyzna w mieście jawnie miłośnice chowa.

— Ojcze! — przerwał Bernard z wymówką.

— Bracie mój! nie kłamię i nie powtarzam; tak ci jest. Bóg mi świadek! I mówię, bo mi serce pęka, bo ja święty Zakon Krzyża Chrystusowego kochałem, a Zakonem Beliala brzydzę się.

Westchnął.

— Co za koniec! — zawołał po chwili zadumany, w podłogę oczy zgasłe wlepiając — taki jak Templariuszów nas czeka! gorszy może! Królowie na nasze skarby się złakomią, Papież się wyrodnych dzieci wyrzecze48.

— Ależ my, dzięki Bogu, bałwochwalcami i apostatami49, jak oni, nie jesteśmy jeszcze; — rzekł Bernard.

— Słowem — nie, czynem — już! — zawołał starzec — kto nie po bożemu żyje, ten się Boga zapiera.

Zmęczony, odetchnął Kurt i rękę do piersi żywo się porusząjących przyłożył.

— Dziękuję wam za współczucie — odezwał się, z przestanku korzystając Bernard — ale ja tak bardzo do serca nie biorę Ludera. Niech sobie prawi50 i myśli, co chce; ja swoje robić dalej będę.