— A ja prawić swoje — rzekł stary. — I słowo śmiałe zda się na coś, gdy ręki podnieść siły nie dozwalają.
Westchnął i łagodniejszym się tonem zapytał:
— Cóż! gniew za owego chłopca, którego i po ludzku, i po chrześcijańsku wychowaliście, a uczyniliście rozumnie! Ten i tego zrozumieć nie chce.
Rozśmiał się szydersko.
— Jeszcze na biedę mi się rozchorował! — rzekł Bernard.
— Wyzdrowieje! — odparł obojętnie stary. — W tym wieku choroba nie straszna. Dorastać musi właśnie. Krew zburzona; potrzeba go na koń wsadzić i dać mu się wyhasać.
— Mówi Ojciec Szpitalnik, że już na konia nie siędzie51 — smutnie dodał Bernard.
— Dać go Komturowi któremu, aby trochę więcej miał swobody — zamruczał stary.
— O wszystkim tym już myślałem — dołożył Bernard — radziłem tak samo.
I nie dokończył. Stary nie przywiązywał wielkiej wagi do choroby. Sam tyle przetrwawszy zwycięsko, a uchowawszy życie, nie mógł pojąć tego, by lada choroba groźną się stała.