Nawykły do snu przerywanego, nie potrzebował odzyskiwać pamięci; potarł ręką po twarzy i ślady spoczynku z niej zniknęły.

— Naprzykrzam się wam? nieprawdaż? — rzekł, wchodząc, Bernard, — lecz przebaczcie! niepokój mnie nęka o to chłopię.

Szpitalnik ręce rozpostarł, dając do zrozumienia, iż nic pocieszającego powiedzieć mu nie może.

— Nie gorzej mu? — zapytał Bernard.

— I nie lepiej — szepnął stary.

Przybyły badał zachmurzoną twarz gospodarza.

— Nie lepiej! nie! — powtórzył Sylwester. — Wczoraj jeszcze nie byłem pewnym choroby: czy ze krwi przyszła, czy z ducha? bo są dwojakie. Dziś mi się zdaje, iż nie omylę się, mówiąc, że chorobą jakaś tęsknica...

— Za czym? — podchwycił ciekawie Bernard.

— Odgadnąć trudno — rzekł Szpitalnik — młodość, wiecie, ma nieodgadnione tajemnice. Mówią we Francji, że, gdy młode wina się burzą, stare w beczkach im wtórują; że gdy kwiat na wiciach się otwiera, sok wyciśnięty z jagód z tęsknicy wre w kadziach.

Urwał nagle.