— Mówcie! mówcie! — począł prosić Bernard, mocno zajęty niedokończoną tą mową.
— Wiecie, kto jest — zaszeptał Sylwester. — Któż wie, czy litewska krew nie kipi w nim, gdy gniazdu przelew grozi?
— Ależ nie wie on o sobie! — zawołał Rycerz.
— Nuż, nie wiedząc, poczuwa się, kim jest?
— Jakże to być może?
— Któż z nas wie, co może być, a co nie może? — spokojnie odparł Sylwester. — Suut arcana rerum! — rzekł po cichu, jakby sam do siebie.
Bernard się zadumał.
— Dziś nie był tak spokojnym i milczącym jak wczoraj, gdyśmy go widzieli wieczorem — mówił Szpitalnik. — Chodził po ciasnej izdebce, jakby się bił w klatce; na licu miał rumieniec, w oku gorączkę. Z dala mi się zdało, że nucił piosenkę; ale, gdym go o nią zapytał, nie przyznał mi się.
Bernardowi brwi się ściągnęły.
— Księdza mu potrzeba i modlitwy — rzekł — dusza niespokojna. Antoniusza mu poślemy.