Takież same fałdy głębokie zorały zejście się brwi czarnych, bujnych, rozrosłych, osłaniających parę oczu, ukrytych głęboko pod wystającą kością czołową, a świecących w oprawie kształtnej, która niegdyś piękność ich podnosić musiała. Dziś i tu marszczki się zbiegały, a poniżej nielitościwie krajały policzki i ust otoczenie. Wąsy i broda, ciemne jeszcze, już gdzieniegdzie srebrnymi włosy6 były posypane.

Blask lampy, silne rzucając cienie, uwydatniał rysy tej twarzy, jakby dłutem energicznym wykutej.

Wyraz jej był posępny, surowy, dumny a spokojny jakąś siłą wewnętrzną. Zwykły strój zakonników-rycerzy leżał na szerokich ramionach i piersiach, w wielkich fałdach jak od niechcenia rzucony. Nie widać było najmniejszej tu staranności, a sukno nosiło na sobie ślady zużycia i zszarzania.

Usta głęboko wpadłe nie poruszały się modlitwą, a z posępnego czoła zgadnąć było trudno, czy się modliła dusza. Oko — to się zatrzymywało na przedmiotach obojętnych, bez myśli, to śledziło wszystkich w kaplicy zebranych, równie pobliższych współbraci, jak dalej skupionych u progu półbratów, czeladź służebną i knechtów7.

Przed okiem tym nic ujść nie mogło; biegło ono w ciemności, pewnym będąc, że je przeszyje, a odgadnie, co się w nich skrywa.

Coś się kazało domyślać, iż ten świadek, lecz nie uczestnik modlitwy, wrażał wszystkim przytomnym pewną obawę i poszanowanie. Tak samo, jak wzrok jego po ludziach, wejrzenie ludzi ukradkiem biegło ku niemu. Czeladź się instynktowo8 uchylała, słoniła9 za przymurki, aby nie być wystawioną na wzrok ten, przeszywający i groźny.

Na zastygłych licach zakonnika nie było oznaki najmniejszego wrażenia. Obok dumy, która pięknej tej twarzy rycerskiej zdawała się dziedzictwem krwi narzuconą, była i pokora mnisza, przybrana z musu.

Nie widać było, aby szczególne jakieś dostojeństwo i władza związane były z tym rycerza znaczeniem, jakie mu nadawało oblicze. W ławie braci stał on na najniższym miejscu, ostatni z brzegu.

Patrzył stąd, śledził...

Pacierze wieczorne zbliżały się do końca; mruczeniem głuchym odpowiadano ze stallów na głos kapelana. Przykląkł wreszcie, odwrócił się i z wolna, ze zwieszoną głową, ku zakrystii zmierzał.