Naówczas poruszyli się wszyscy, zbudził się zakonnik drzemiący, czeladź od drzwi szybko się wysypała na podwórze.
Pozostał chwilę na swym miejscu rycerz ów nieruchomy, głowę tylko zwróciwszy ku ołtarzowi. Ci, co go pomijali, wysuwając się z kaplicy, nie pozdrawiali ani skinieniem głowy, przechodzili, patrząc w inną stronę, jakby unikali jego wzroku z pewnym pośpiechem, niezręcznie ukrywanym. Żaden mu nie okazał uszanowania, choć widać było, że może wrażał obawę.
Kaplica już prawie była pusta, gdy i on ze swego miejsca poruszył się nareszcie i ciężkim krokiem iść począł ku drzwiom, u których jeszcze kupka czeladzi się zatrzymała.
Wśród niej stał, pytając o coś, brat Szpitalnik, człowiek niemłody, siwy, ruchów żywych, mowy prędkiej, gorącego temperamentu. Płaszcz, z ramion mu się osuwający nie po myśli, dokuczał niecierpliwemu, który go poprawiał i szarpał na sobie.
Wychodzący zakonnik zatrzymał się przy nim. Zobaczywszy go, knechty i służba natychmiast rozpierzchać się zaczęli.
Z szerokiej piersi jego dobył się głos męski, stłumiony, lecz silny, wychodzący jakby z głębiny, i tak właściwego sobie dźwięku, żeby go wśród tysiąca innych można było rozróżnić. Jak cała postać, nakazywał poszanowanie, nie dopuszczał przeciwieństwa10.
Zwrócił się do Szpitalnika, który oczy w niego wlepił niespokojne i błyszczące.
— Cóż się z młodym Jerzym dzieje? — zapytał.
— Chory, chory — odparł zapytany żywo, poruszając ramionami i nie bardzo rad tłumaczyć się szeroko.
Pytający badał go wzrokiem. Byli już sami, bo czeladź się rozpierzchła. Szpitalnik poruszył się, jakby chciał odchodzić; zobaczywszy, że zakonnik stał w miejscu, niechętnie zatrzymać się musiał.