Coraz lepiej rozeznać było można siedzącego w dziupli, małego, grubego człeka, okrytego prostą sukmaną, w czapce z uszami długimi na głowie, z torbą na plecach i węzełkami u pasa. Spod naciśniętej na czoło kapuzy wyglądała twarz okrągła, opalona, stara i brzydka. Prawie ponad nią sterczały ramiona przygarbione, a niżej — grubą kłodą nieforemną, poplątaną, zwijały się ręce człowiecze i nogi płachtami i skórą poobwiązywane.
U nóg leżał kij gruby, a przy nim worek szary.
Odpoczywający pod wierzbą, na wszystkie strony rzucając oczyma, zobaczył i niewiastę, co go pierwsza postrzegła, i człowieka, co się teraz zbliżał ku niemu. Nie nastraszyło go to wcale.
Kulił się i do wierzby przytulał jak do matki. Zwinąwszy się w kłąb, palce w zanadrze pochował, głowę wsunął w ramiona i patrzał na zbliżającego się obojętnie.
Za wychodzącym z numy gospodarzem wprędce na próg się i pies żółty z sierścią najeżoną wysunął. Stanął, pociągnął powietrza i szczeknął, zaburczał, zawahał się, aż począł za panem iść, coraz żywiej, jakby mu pilno bronić go było.
Lecz im dalej, tym się na nim sierść bardziej nastrzępiać zaczęła, oczy wystąpiły z czaszki, wargi obnażyły zęby.
Gospodarz na psa się obejrzał i pałkę ścisnął mocniej w ręce, bo psy czują nieprzyjaciela.
Lecz miałżeby to być wróg? Na Litwina wyglądał, a choć mu się nieprzyjaźnie zdał stawić nadchodzący, nie myślał się zabezpieczać, nie okazał ochoty ani do zaczepki, ani do obrony.
O kilka kroków od wierzby pan i pies stanęli. Pan się podparł na pałce, pies siadł, podniósł łeb i zawył.
Zły to był znak.