Siedzący na ziemi poruszył się, ręce dobył z ukrycia, nogi wysunął i wstał. Człek był gruby, mały, stęporowaty54, silny, ale nie straszny.

— Któż ty? co tu robisz? — zapytał Pilleńczyk.

Podróżny rozśmiał się naprzód dobrodusznie.

— Toć widzicie! trzebaż pytać? — odparł wesoło. — Swalgon jestem biedny; na to zeszło nam, że i takim jak ja, gdyby55 żebrakom i nędzarzom, włóczyć się potrzeba...

Niemcy nam dużo ziemi i ludzi zabrali. Wurszajtom i Swalgonom, choć umierać z głodu, robić nie ma co. Gdzie się święty dąb ostał, to tam koło niego naszych jak mrowia i z ofiar pożywienia nie starczy. Bodaj Perkunas wytłukł tych, co nas uciskają!

Pies, słysząc ten głos, wyć nie ustawał, aż wieśniak musiał, zwróciwszy się ku niemu, groźnym ruchem nakazać milczenie.

Sam on nie wiedział, co Swalgonowi odpowiedzieć.

Wprawdzie i dawniej takich wróżbitów, guślarzy i kapłanów najemnych włóczyło się dosyć po świecie, od numy do numy, od osady do osady. Przyjmowano ich gościnnie, a zawsze coś się znalazło do pobłogosławienia, do oczyszczenia, odczynienia i porady. Teraz włóczęgów podobnych widywano częściej, bo dużo dębów i świętych miejsc nie stało56; rozproszeni byli, więc i nie tak im już po chatach byli radzi, gdy raz w raz zachodzili.

— A skąd? — spytał chłop po namyśle.

— Pytajcie lepiej, gdzie mnie nie było? — odparł Swalgon. — Najczęściej ponad Niemnem tu się włóczę, bo to moja rodzinna ziemia; i w Pillenach ci bywałem, ale dawno już temu... Co się to małżeństw nabłogosławiło i wiele im naśpiewało!