Ci, co dawniej o obcych i sąsiadach nic nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli, teraz, na najmniejszy szmer od Zachodu, pilno nastawiali ucha.

Ukazanie się odartego Swalgona, nieznanego w osadzie, obudzało niezmierną ciekawość. Mógł i on coś przynieść z sobą.

Zaledwie z Gajlisem wszedł do ubogiej jego numy, na pół w ziemi skrytej, w której pośrodku palił się na kamieniach nigdy niewygasający ogień domowy, a dokoła niego leżały różnej wielkości polnych głazów bryły, służące za siedzenia; a przeze drzwi za nim cisnąć się zaczęli sąsiedzi.

Wnętrze taj numy tak było nędzne, jak jej powierzchowność, do wielkiego kretowiska podobna. Dym, który się niełatwo mógł otworem nad ogniskiem wydobyć na zewnątrz, snuł się pasmami sinoszarymi pomiędzy dachem a ścianami.

Izbica była jedna dla ludzi i dla domowych stworzeń, które jakby do rodziny należały. W głębi stała krówka z cielakiem, wołów para chudych, dwa maleńkie grubo-płaskie koniki, które się już zimową sierścią najeżoną okryły. Na ziemi nieopodal leżały brunatne i czarne owieczki, i w zgodzie z nimi przechadzały się poufale kury i gęsi. Wszystko to było nawykłe do wspólnego żywota, ludzie i zwierzęta; rozumiało się, ustępowało sobie, a często, gdy zima była sroga, tuliło się, wzajem ogrzewając.

Bose i na pół nagie dzieci ssały czasem owieczki z jagniętami do spółki.

Głos gospodarza i gospodyni tak był zrozumiały wołom jak dzieciom. Pies stróżował równo nad wszystkimi, broniąc niedorostków od zwierząt i zwierzęta od napaści chłopiąt zuchwałych.

Z jednej strony na ścianach, mchem pootykanych szczelnie, wisiały wszelkie gospodarskie narzędzia i przybory, inne na policach stały, co kosztowniejsze — w kącie w nasypkach i baryłach były zamknięte.

U góry schły pozwieszane zioła różne, od chorób dla chudoby57, od czarów i złych oczu. Stół niewielki i ławy, które zastępowały kamienie w większej części, z gruba zaledwie wyciosane były. Za małymi, półotwartymi drzwiczkami, widać było niższą komorę, a w niej radła, porozkładane wozy i koła a obody...

Swalgon siadł niedaleko od ognia na kamieniu, czapki końce związane pod brodą rozpiął i ręce zmarzłe, rozstawiwszy, ogrzewał, wyciągając ku niewielkiemu ogniowi.