Zobaczywszy to, dzieweczka, co się ciekawie przyglądała przybyłemu, ze strony, od której siadł, podrzuciła trochę suchych gałęzi, ażeby cieplej mu było.
Gajlis poszedł w głąb zaczerpnąć kubek ałusu58 z beczki i córeczce zagrzać go kazał.
Wszyscy milczeli, nie śmiąc zziębłego zaczepiać wędrowca, który wpatrzył się w ogień oczyma osłupiałymi i dumał, a dumał, jakby mu ciężko na duszy było.
Gdy ałus nieco się przygrzał, Gajlis, podając go podróżnemu, z cicha zarzucił pytanie:
— Nie słychać co od tych Niemców przeklętych?
— A kiedy by nie było co od nich słychać! — zamruczał Swalgon. — Albo to oni spokojnie usiedzą choć dzień? Jak w ulu u nich ciągle się rusza i mruczy... Gadają ludzie wiele... Nadchodzi zima, błota pomarzną, tylko co ich nie widać...
Gajlis westchnął.
— O! gdyby nie zamek nasz, a pani nasza, co go bronić chce i musi — rzekł — a nas tu przy sobie trzyma, człowiek by dawno poszedł w puszcze...
Swalgon nastawił ucha.
— Hę! — rzekł — to wy Kunigasa nie macie?