I oczy sobie zakryła rozpłakana, a dłużej już nie chcąc mówić ze Swalgonem, cofnęła się ku łożu ojcowskiemu.

Wtem dziewczęta, jakby rozumiejąc jej ból i tęsknicę, choć im nic nie nakazano, spojrzały po sobie i zgodnymi głosy pieśń zanuciły...

— Wieczorem wczora, z wieczora, owieczka mi przepadła. A! któż mi szukać pomoże owieczki mojej jedynej?

Chodziłam prosić jutrzenki. — Nie mam czasu! — powiedziała — muszę słońcu na zaraniu ogień zagasły rozniecić! — Chodziłam do wieczornicy... — Nie mam czasu — powiedziała — bo muszę słońcu wieczorem nocne jego usłać łoże. — Poszłam potem do księżyca, księżyc mnie z niczym odprawił. — Mieczem wpół jestem przecięty i smutna jest moja dusza. — Zabiegłam aż do słoneczka, a ono mi powiedziało: Dziewięć dni szukać go będę, a nie znajdę dziesiątego...

W ognisku łuczywa przygasały, ostatnia pieśń, coraz ciszej nucona, umarła ledwie dosłyszanym dźwiękiem.

Dworak dał znak zapatrzonemu jeszcze Swalgonowi, że czas było wychodzić. Kunigasowa Reda przypadła u łoża ojcowskiego, w rękach twarz utuliwszy, zapłakana czy zadumana.

Dziewczęta powstawały cicho, unosząc z sobą kądziołki, przytrzymując fartuszki, aby nie podzwaniały.

Szwentas z przewodnikiem swym wyszedł na podwórze. Cicho tu było teraz i gród się jeszcze dziwaczniejszym wydawał, na pół rozjaśnionym księżycem i gwiazdami niebie, jak czarna góra jakaś stroma, jak wielka skała, której gdzieniegdzie bok jaki i rąbek światło Menesowe srebrnym paskiem dziergało... Ludzie już spali po szopach, na podwórcach chodziły tylko straże z oszczepami, przesuwając się jak nieme cienie umarłych na mogiłkach.

Swalgon wychodził z tej izby, nasłuchawszy się śpiewów, pijany, poruszony, drżący...

Gdy spojrzał teraz na boży świat, wszystko mu się inaczej wydawało; gdy przypomniał, że musi powrócić Niemcom służyć a swoich zdradzać — dreszcze przechodziły po nim.