Po dniu widziana twarz jej inaczej się wydała Swalgonowi: była jeszcze piękną prawie, choć wiek jej lice surowym uczynił i posępnym.

Szwentas stał z głową odkrytą, czekając, aż dopóki ze swymi ludźmi nie skończy; patrzył i dziwił się, a gdy groziła i napominała, robiło mu się straszno. Niejeden raz doznał on od Krzyżaków okrucieństwa i srogości, którym poddawać się musiał, w duszy ich przeklinając; głos Redy tak mu brzmiał swojsko, macierzyńsko, iż, gdyby nim nakazała mu iść a powiesić się na gałęzi, byłby pobiegł i pętlę sobie zarzucił, nie śmiąc pomyśleć, iż niesprawiedliwą była.

Zniósł by od niej — śmierć nawet...

Reda postąpiła ku Swalgonowi, a on nisko się pochylił przed nią.

— Matko a pani! — rzekł — pójdę już; jam ptak wędrowny... siedzieć nie umiem. Pójdę ponad granicą, nad Niemnową, a potem... sam nie wiem. Będę rozpytywał o dziecko wasze...

Redzie oczy zaświeciły.

— Mnie się aż do niemieckich gródków nieraz wedrzeć udało — ciągnął dalej. — Któż wie... może jaki Bóg mnie prowadzi, a podszepnie? nuż na ślad jego trafię...

Kunigasowa brwi ściągnęła, patrzała, długo mówić nie mogąc...

— Niech cię Algis dobry prowadzi! — rzekła słabym głosem. — Idź! szukaj; choć ja w życie mojego dziecka nie wierzę. A znajdziesz go przechrzczonego na Niemca i wroga; choćbyś grochowy znak poznał na nim i krew naszę75, nie mów mi o nim, ani jemu o mnie... Nie chcę takiego syna!

Ze spuszczonymi oczyma w ziemię postała trochę, i zląkłszy się, aby jej Swalgon z tą odpowiedzią nie uszedł, dodała nagle: