— Nie! nie!... Choćby go przerobili... choćby on mnie nie zrozumiał... a ja... nie!... niech ja go choć zobaczę!
Swalgon milczał.
— Ale po latach tylu... nie! — zaczęła mruczeć — nie wrócą mi bogowie dziecka!.. Idź, dobry człecze.
— Wszyscy mówią, że żyje... i ja widniałem go wczoraj w wodzie, a duchy w niej ukazują się inaczej — bez oczu... ten patrzał na mnie. Znajdziemy go... pani a matko!
Pokłonił się jej do stóp; nie powiedziała mu już nic — odeszła. Dworak go pociągnął do izby i sakwy mu napełnić kazał. Potem, inną już drogą, wywiódł między wały i w ciemny loch zaprowadziwszy z sobą, milcząc szedł z nim bez światła, omackiem, tak długo, iż Swalgon znużony spoczywać musiał, opierając się o wilgotne ściany podziemia.
Tu było duszno jakoś i powietrza piersiom brakło. Nierychło zaczęło się ono oziębiać... szary mrok się ukazał... przewodnik stanął. O ściankę sparta76 była drabinka, którą z podziemia Swalgon dobywać się musiał. Ponad otworem, którym wylazł, zbite z desek ciężkie drzwi podźwignąwszy, leżał stos ogromny suchych gałęzi, które rozgarnąwszy z ciężkością, gdy Szwentas stanął na zamarzłej ziemi i rozpatrywać się począł, kędy był — okazało się, iż na kraju lasu, od gródka dobrze oddalonego, się znajdował.
Pilleny widać stąd było, ale już tylko górę i ściany, a ludzi koło nich oko dojrzeć nie mogło.
Znużony padł wydychać podziemną swą podróż Swalgon, a namyślać się, co miał począć. Z torby dobył jadła, pokrzepił się, rozdumał i wstawszy, pokierował się ku granicznemu Niemnowi.
Już tygodni kilka upłynęło od wyjścia jego z Malborga, a Bernard ani się też z tak rychłym powrotem mógł go spodziewać, gdy jednego ranka, wedle obyczaju swego obchodząc wszystkie kąty, ujrzał Szwentasa, siedzącego na kamieniu pod stajniami.
Wiedząc, iż zaraz po powrocie powinien się był stawić do niego, Bernard stanął na pół zdumiony, pół gniewny.