Mówił to, płacząc i jęcząc, z wyrazem takim, że Rymos, który się go obawiał i nie wierzył mu, uczuł się poruszonym mimo wiedzy i spod łóżka ciekawą wystawił głowę.
Szwentas go zobaczył i przestraszył się; lecz dość było kilku słów, wyrzeczonych po litewsku, aby parobek stary śmiać się począł. Mowa ta teraz na zmiękłe serce skutkowała cudownie. Wyciągnął ręce do chłopaka, zapomniawszy o Jerzym, i prędko, chciwie, po litewsku z nim mówić poczęli. Szwentas ściskał go i całował.
Jerzy, który był języka zapomniał i ledwie wyrazy niektóre przypominał sobie, stał, spoglądając to na jednego, to na drugiego.
— To jest Kunigas! — mówił Szwentas — poznałem go po znamieniu ziarna grochu pod uchem lewym, na szyi.
Rymos, wylazłszy spod łoża, podszedł także spojrzeć na znamię i ręce załamał. Jerzemu łzy się w oczach kręciły.
— Mówcie tak, abym ja was rozumiał — rzekł błagająco. — Rymos wie, żem ja mowy tej musiał zapomnieć, bo mi ją umyślnie wybili z serca, a wstawili natomiast swoję. Mówcie, abym rozumiał... litujcie się nade mną!
Szwentas pocałował go w rękę...
— Cicho! cicho! — rzekł — jest nas tu już trzech... Eh! będziemy się trzymali i radzili sobie.
Głową pokręcił chytrze.
— Kto wie, co zrobimy? mnie się widzi... musimy swojego Kunigasa oddać naszym, a i nam tu nie będzie co gościć potem. Po rozum do głowy!