Jerzemu oczy się paliły; uderzył po ramieniu Szwentasa.
— Kto ci mówił o tym znamieniu? Skąd wiesz, żem Kunigas? Znasz moich? gdzie oni są?
— O! o! długo by to rozpowiadać — mruknął stary parobek — a teraz wam to do niczego. Poczekajcie mało. Trzeba myśleć, jak się stąd wydobyć... To pilniejsza!!
Z zamku na wolność wyjść nie łatwo, a w polu się ukryć i dostać do swoich... tam nad Niemnem... chyba jak wąż prześlizgiwać się na brzuchu!!
Rymos, nawykły obawiać się Krzyżaków, przed których drżał potęgą, zawołał:
— Gdyby złapali nas! kości by tylko na polu bielały. A gdzież ich nie ma? ich straży? ich szpiegów, pół-braci, pół-sióstr i tych włóczęgów niemieckich, co się tu z całego świata po łup zbierają!
Szwentas po dawnemu się chytrze uśmiechał.
— Potężni oni i jak mrowia ich jest — rzekł — ale i na nich, i na liczbę tę sposoby są chytre. Jeden człowiek za stu starczy i stu oszuka, gdy mu się serce zagrzeje! Oni często tak ufni w swą siłę, że patrzą, a nie widzą. Jam im nie darmo służył tak długo; znam ja ich wszystkie chody.
Gdy mówił, z dala, w podwórcach szelest się jakiś dał słyszeć — wszyscy potruchleli... pierwszy Szwentas wysunął się cicho, tak że znikł z oczu, jakby poszedł w głąb ziemi; Rymos natychmiast pierzchnął za nim, a Jerzy, zdmuchnąwszy prędko lampę, padł na łóżko i udał śpiącego.