Razem z grodem Maryi rosło i miasteczko, które pod jego opieką i murami powstało. Jak inne na nowo zdobytej ziemi, całe ono się składało z przybyszów różnych krajów niemieckich: znad Renu, z Turyngii, z Sasów, Frankonów, Bawarów itp.
Wiadomo, że Zakon sam, który w początku przyjmował tylko Niemców i szlachtę z najmożniejszych rodzin, w większej części był zbiorowiskiem ludzi, co albo u siebie w domu nic do stracenia nie mieli, lub ducha w sobie żywili, który ich gnał na przygody i zdobycze. Tak samo i miejska kolonia z różnych się składała ludzi, gorącego a awanturniczego ducha, idących zbogacać się85 i urastać na pogańskie kresy.
Wielu z książąt, jako teraźniejszy Mistrz Wielki, Luder, gdy do Zakonu wstępowali, służbę swą, dwory, rzemieślników, z kraju swego ciągnęli za sobą. Tu im darmo dawano ziemię. Zakon pomagał do budowania się, obdarzano ich przywilejami i pewnym samorządem.
Rycerstwo niemieckie dostojniejszych rodzin, Krzyżacy i goście ich, raz wraz potrzebowali zręcznego rzemieślnika, płatnerzy, zbrojowników, złotników, rękodzieł mnogich, których w dzikim kraju znaleźć nie mogli.
Zasiedlało się więc miasto, najprzód Niemcami pracowitymi, ale za nimi szli i próżniacy, którzy z innych wymagań, do jakich jawnie się Zakon nie przyznawał, żyć sobie obiecywali.
Znaleźli się tam i śpiewacy, i błaznowie, i usłużna gawiedź wszelkiego rodzaju, na co z zamku przez szpary patrzano86. Potworzyły się wesołe gospody, niby dla czeladzi i knechtów... niby dla kupców i podróżnych; a co się tam w nich po kątach działo, miejski sołtys nie bardzo w to wchodził.
Nie zdradzał jeden drugiego, bo sam się lękał być wydanym; na wzajemnym pobłażaniu stało to życie.
W zamku surowa reguła, choć się często zwalniała, zawsze niby panowała pozornie; poza nim Krzyżacy swobodniej sobie poczynali. Gdy w murach nigdy się żadnej, nawet w wieku podeszłym, niewieście, pokazywać nie było wolno; w mieście, pod rozmaitymi nazwiskami i pozory, zamieszkiwała ich liczba wielka.
Rycerstwo, gdy spoczywało na zamku, puszczało się na łowy różne nad Nogatem, ujeżdżało konie, zabawiało się wycieczkami; a powracając, nie rzadko zatrzymywało się w mieście, o czym choć kto wiedział, białych płaszczów zdradzić by się nie ważył.
Drobniejsza szlachta, która się już naówczas odróżniała płaszczami szarymi, choć w Zakonie równą się uważała ze starszyzną, nie mogła sobie tyle pozwalać. Trzymano ją surowiej.