Nie ucząc się, umiała jakoś, czy też instynkt jej poddawał, wiele rzeczy, którym się dziwowano.
Niezmiernie zręczna i silna, mogła się jak kot wdrapać na najwyższe drzewo, przeleźć przez plot, wygrzebać w ziemi jamę i w niej, liśćmi się okrywszy, zakopać, aby jej nie znaleziono... Ze zwierzętami najdzikszymi znała się jak swoja — nie przestraszało jej żadne. Później, gdy się nieco z nowym bytem oswoiła, wodziła krzyżackie konie najswawolniejsze, lepiej im dając rady od knechtów.
Gdy ją różnych niewieścich robót uczyć zaczęto, mniej od innych potrzebowała czasu, aby je sobie przyswoić i nadzwyczajną objawiała zręczność, ale ochoty do nich nie miała. W izbie zamkniętej dla niej siedzieć było męczarnią; gdy tylko mogła, wyrywała się na podwórze, a często, gdy znikła, znajdowano ją na drzewach między gałęźmi lub tak okrytą jemiołą, że jej dojrzeć było trudno.
Musiano się z nią oswoić, nie mogąc natury jej przerobić; a że niezmiernie była pracowitą i pożyteczną w domu, i, podrastając, stawała się coraz piękniejszą, Gmunda powoli przywiązała się nawet do niej.
Mężczyźni, co ją czasem w podwórku widywali, unosili się nad nadzwyczajną jej pięknością, chociaż wcale się nie przystrajała i odziać ją wedle niemieckiego obyczaju było niezmiernie trudno.
Na bose nogi długo, zimą i latem, nic wdziać nie chciała. O sukni mowy nie było też; chodziła w koszuli, w kożuszku, z włosami we dwie długie kosy zaplecionymi i lubiła tylko bursztyny i korale, może dlatego, że jej dawny strój dziecinny przypominały. A że o takie paciorki było jej tu trudno, często z głogu, z jagód, z kwiatków sobie nizała naszyjniki jednodzienne. Tak samo z lada jakich liści, byle zielonych, robiła sobie wieńce na główkę. Dziwnym sposobem, gdy ją zabierając odzierano, nie spostrzegł ten, co z niej paciorki oberwał, że dziecko miało mosiężny pierścień na rączce. Nie odebrano go później Baniucie, a że ręka teraz zgrubiała i ciasny był na nią, wieszała go na sznurku i ukrywając pod koszuliną, na szyi nosiła.
Niemieckie dziewczęta śmiały się z niej, przedrwiwały, przezywały ją kotką dziką, ale zazdrościły jej wielce piękności, przebiegłości i siły. Maleńka, gibka, zwinna, słabiutka na pozór, Baniuta dźwigała ciężary ogromne, a uderzenie małej jej rączki starczyło za ciśnienie kamieniem.
Nauczyć się musiała tej mowy, którą koło niej szwargotano, ale na próżno usiłowano oduczyć ją litewskiej. Siadała po kątach, kryła się i śpiewała pieśni, mówiła sama do siebie tym językiem, jakiego ją matka uczyła.
Chodziła do kościoła i musiała się modlić, lecz wszyscy poznawali po niej, że swoich się bogów nie wyrzekła. Stała strwożona w kościele, a wymykała się z niego, jak tylko mogła. Słowem, było to stworzenie nieuchodzone, ugłaskane tylko pozornie i jakby wypatrujące chwili, aby pierzchnąć do lasu. Pięć lat upływało, jak ją tu przyprowadzono; z dziecka wyrosła na śliczne dziewczę, z ogromnymi, niebieskimi oczyma; przyswoiła sobie, co tylko mogła, od Niemek; lecz tego, co przyniosła z sobą, ani zapomniała, ani się wyrzekła.
Rozumem i bystrością daleko przechodziła wszystkie rówieśnice swoje.