Stara gospodyni nader wyglądała poważnie: twarz miała surową, namarszczoną, usta usznurowane, i uchodziła za bardzo srogo dozierającą89 dworu swojego. Gdy się czasem w białych krochmalnych czepcach, szeroko rozpiętych nad głową i spadających aż na ramiona, ukazała w progu swojego domu, w sukni czarnej, bramowanej galonami, z torebką i kluczami u pasa, mieszczanie przechodzący kłaniali się jej do ziemi, a mieszczanki przyglądały się strojom ciekawie, rade naśladować, co jej z Niemiec przysyłano.

W kościele, do którego Gmunda uczęszczała nader gorliwie, miała swój klęcznik obity aksamitem, najbliżej ku ołtarzowi posunięty — i gdy do niego szła, wszyscy się przed nią ustępowali. A idąc, szeleściła sukniami, dźwięczała łańcuchami i manelami90, których zawsze było na niej pełno.

Wiedzieli mieszczanie, iż przez nią i Siegfrieda na zamku u Mistrza wszystko, co chciała, wyrobić mogli. Potęga jej już tak była ustaloną, że choć surowsi, jak Bernard, znać jej nie chcieli i czasem się odzywali o niej z przekąsem, nic jej dotąd już za trzeciego Mistrza nadwerężyć nie mogło.

Dwór Gmundy stał w mieście samym, niedaleko nowego kościoła, jednakże tak odosobniony i odparkaniony, a drzewami osłonięty, iż niełatwo było zbadać, co się w nim działo. Głównymi jego wrotami od ulicy bardzo rzadko kto wchodził, lecz miał dwie furty mniej widoczne po bokach, które nie próżnowały. Wieczorami, często po obwołaniu gaszenia ognia, u Gmundy świeciło, lecz nikt by był nie śmiał o to jej upominać.

Słowem, było to gniazdo uprzywilejowane.

Lat już upłynęło pięć pono od czasu, gdy z wyprawy na Litwę zwycięskiej, w której, oprócz rzezi straszliwej, mnóstwo jeńców młodego wieku zabrano, przypędzono do Malborga kilkadziesiąt sierot, przeznaczonych na życie i niewolę.

Byli to, jak mówiono, chłopcy sami, i przypisywano to trafowi, że między nimi znalazło się dziesięcioletnie dziewczę — Baniuta, na którym resztki oszarpanego ubrania, delikatna płeć, wstążka złocista we włosy wpleciona, domyślać się kazały dziecka możniejszego rodu.

W początkach, gdy Baniutę odkryto, surowsi starzy Krzyżacy krzyczeli, domagając się, aby to plugastwo wprost, ochrzciwszy, zabić i nie żywić. Stary Siegfried ulitował się dziecku płaczącemu i strwożonemu, i, nie wiedzieć jakim sposobem, wyrwawszy je z rąk oprawcom, wymógł, że mu pozwolono oddać je na wychowanie Gmundzie, która — acz niechętnie, zgodziła się je, jak psa, żywić przy kuchni.

Najpierwej więc ochrzczono ją na gwałt, dając jej imię patronki, czczonej w zakonie, dla znajdujących się tu relikwii jej, Barbary. Gmunda ze wstrętem podjęła się hodować to stworzenie, które za dziką istotę, nigdy się niemającą dać przyswoić, uważała.

W istocie, obyczaj miała Baniuta zupełnie inny niż mieszczańskie dzieci. Na pozór od rówieśnic swoich nieskończenie była przebieglejszą, śmielszą, dojrzalszą i nieunoszoną; odznaczała się dumą i uporem. Biciem i karaniem nic na niej wymóc nie było podobna. Mdlała z bólu, gdy ją sieczono, ale zacinała usta i nie wydała jęku.