Ani Rymos, ani Jerzy nie znali zupełnie kraju, dróg, sposobów, jakimi by się wykraść stąd można. Przychodzący teraz do nich Szwentas, który się rozmiłował w Kunigasie i pragnął mu dopomóc, choćby największą ze swej strony ofiarą, wzdychał, ciągle powtarzając, że nie ma możności wyrwania się z rąk krzyżackich.
Robiono najzuchwalsze, najdziwaczniejsze plany; wymyślano niedorzeczne, jakby z bajek zapożyczone sposoby ucieczki: ale Szwentas na wszystkie trząsł głową i pogardliwie spluwał.
Rymos, gdy sami byli, zabawiał Jerzego i uczył go tego, co mu Baniuta, daleko więcej umiejąca i pamiętająca, powiadała.
Ciągle rozpowiadając i malując tę Baniutę, chłopak w końcu do najwyższego stopnia rozbudził ciekawość młodego Kunigasa. Zaspokoić jej nie było podobna.
Szpitalnik, który bacznym okiem śledził symptomata choroby młodzieńca, dostrzegł w nim łatwo pewne zmiany na lepsze. Jerzy był wprawdzie niespokojny, rozgorączkowany, nie swój; lecz siły wracały, życia w nim było trochę, chociaż chorobliwego.
Sylwester wolał to niż apatią93 długą, której się nade wszystko obawiał. Za pierwszą razą94, gdy Bernard go spytał o stan Jerzego, powiedział mu stanowczo:
— Choroba przesilać się zdaje, jest w niej zmiana, a to już wiele. Trzeba teraz myśleć, jak zapobiec, aby licho nie powróciło. Przeszłe życie, zbyt surowe dla tak młodego wieku, było przyczyną choroby, to nie ulega wątpliwości; radźcie nad tym, co z nim zrobić. Starym na grodzie spoczywać w tych murach — dobrze, młodemu w nich rosnąć — ciasno.
Nic nie odpowiedział Bernard, bo bez rozmysłu nic nie poczynał; lecz widać było, że rady nie lekceważył.
Władzy miał dosyć, aby rozporządzać Jerzym. Wystąpienie Wielkiego Mistrza Ludera i publicznie dana nagana Bernardowi okazały się zaraz nazajutrz tylko politycznym obrotem nowego naczelnika Zakonu.
Rano posłał Luder kompana swojego po Bernarda. Posłuszny, poszedł on natychmiast, karność zakonną wysoko szacując i z niej się nie chcąc wyłamywać.