Ditrich von Pynau, z żoną niemłodą, z dwoma synami, którzy mu do nowego gospodarstwa pomagali, mieszkał o godzinę niespełna pieszej drogi od grodu.

Wszystko będąc winien Zakonowi, bo ubogim tu przybył, z jednym wozem i kilku wierzchowcami tylko, a dziś już miał zasobne gospodarstwo; stary Ditrich gotów był do wszelkich posług. Jerzy mógł tam u niego odżyć, pokrzepić się, a nic mu nie groziło.

Pynauowie nie troszczyli się o nic więcej, jak tylko o zdobycie mienia, pracowici byli, skąpi, życie wiedli twarde i surowe, popsuć więc chłopca nie mogli.

— Wiesz co? — odezwał się wreszcie Bernard. — Mnie by się zdało, że trochę cię puścić na wiejskie powietrze nie zawadzi. Chceszli, pomówię z Pynauem, który pod miastem ma nadaną ziemię, aby was wziął na czas jakiś. Młodzi lubią łowy, możecie i zapolować z nimi; stary, choć czytać i pisać nie umie, wiele świata widział.

To mówiąc, patrzał Krzyżak w oczy Jerzemu i pochwyciwszy nieśmiałe, ale wdzięczne wejrzenie jego, dodał spiesznie:

— Zgoda? poproszę Mistrza o pozwolenie, a staremu Ditrichowi gdy powiem, będzie was jak własne hodował dziecię.

Jerzy zarumieniony wstał i podziękował tylko. Bernard uradowany wyszedł natychmiast.

W istocie, ta trocha swobody w pierwszej chwili poruszyła wielce chłopaka. Zdawało mu się, że ją zużytkować potrafi; jak?... nie był pewien jeszcze. Może do ucieczki, o której śnili i radzili.

Dopiero po rozmyśle Jerzy rozrachował, iż rozstać się będzie musiał z Rymosem i Szwentasem, że znowu się znajdzie wśród Niemców samych, których co dnia więcej nienawidził.

Ale już słowa cofnąć było niepodobna.