Po cichym żywocie klasztornym, to piekło w istocie było dla Jerzego nieznośne; a jeśli co mogło w nim nienawiść do Niemców rozbudzić, to widok tego domu, w którym złe i dobre wrzało ciągle jak w garnku...

Na próżno usiłowawszy przez czas jakiś jednać sobie Jerzego i skłonić go do przejęcia swego obyczaju, w końcu dzikość złożyli na chorobę i dali mu pokój. Zostawiono mu swobodę niemal zupełną, a tego tylko było mu potrzeba.

Wchodził, wychodził, wyjeżdżał ze Szwentasem, kiedy i jak mu się podobało. Patrzano nań z ciekawością i podziwieniem, ale zaczepiano już ostrożniej, aby mu się nie naprzykrzać.

W niedzielę i święta, szaraczkowe płaszcze z Malborga wykradały się czasem na pijatykę i kości do Pynauów; zapraszano na te gody Jerzego, ale niechętnie przychodził.

Szwentas u niego po całych dniach, opatrzywszy konie, siadywał u progu na ziemi i uczył go po cichu litewskiej mowy.

Szeptali, naradzając się, co by tu począć, aby się wyrwać z niewoli.

Tymczasem zima przechodziła i wiosna się oznajmowała. Była w początkach niestałą, zaglądała i odchodziła... Korzystał z każdego jaśniejszego dnia Jerzy do przejażdżek. Szwentas czasem jechał za nim, niekiedy puszczał samego.

Chłopak z kolei kierował się w różne strony jakby dla poznania okolicy, i ośmieliwszy się, odjeżdżał dosyć daleko. Najdłużej odwagi mu brakło zbliżyć się do Malborga, na który co dzień patrzał i tu mu się najłatwiej dostać było, ale strach go jakiś ogarniał. Bał się, aby go kto nie zobaczył, nie doniósł, i aby go znowu nie zabrano na Zamek.

W ciągu zimy Bernard dla przekonania się, jak tam jego wychowańcowi się działo, zaglądał kilka razy do Pynaufeldu... Widział Jerzego zdrowszym, ale równie, jak był, smutnym i milczącym; pozwalał mu więc z wolna się tu pokrzepiać wiejskim powietrzem.

Zimową porą wszyscy trzej Pynauowie mieli go więcej na oku; z wiosną we dworze mało kto zostawał. Jerzy był zupełnie swobodny ze Szwentasem i mogli zajmować się, czym chcieli.