To jednak, czego obaj pragnęli najmocniej — wyrwanie się z rąk Krzyżaków, pomimo wielkiej świadomości kraju Szwentasa, było tak trudnym, iż dotąd ani pomyśleć nie mogli, jak by to uskutecznić. Parobek ważył by się sam na to, bo mu z jego powierzchownością łatwo było przebranemu się przesunąć, a złapanemu wyślizgnąć lub wytłumaczyć. Jerzego młodość, postawa, niedoświadczenie, żywość — oczy nań zwracały i podejrzenia.

Samotność ze Szwentasem na folwarku pynaufeldzkim podziałała na młodego chłopaka tak, że coraz ciekawszym był i niecierpliwszym oglądania Litwy, a nienawiść ku Niemcom opowiadaniami towarzysza wzrosła i rozgorzała.

Naglił na niego o wyzwolenie, które tamten w różny sposób przeciągał i odkładał.

Stan zawojowanych posiadłości pruskich czynił przebycie ich dla podróżnych niezmiernie trudnym. Ucieczka Jerzego natychmiast by musiała być postrzeżoną, hasło do poszukiwania dane wszystkim Komturom. Mieszkańców dawnych, Prusaków, było mało; po drogach i miastach a gródkach koloniści niemieccy. Czuwanie nad włóczęgami i przechodniami, z powodu wciskających się szpiegów z Polski, będącej w wojnie z Zakonem, Litwy, która pory do napaści upatrywała, troskliwe było i wielkie.

Gródki krzyżackie stały na wszystkich drogach, a lasami bezdrożnymi przerzynać się nie było bezpiecznie, dla rozbójników pogan, których niedobitki się w nich tułały.

Szwentas, choć nie rozpaczał, że się może uda chwilę upatrzyć dogodną, zwłóczył i wymawiał się.

Jerzy tęsknił, sam dobrze nie wiedząc za czym; Litwę miał w sercu i na oczach ciągle, młodość go pędziła do czynu, życie bez celu męczyło go.

Jednego wieczoru, będąc w tym usposobieniu gorączkowym, sam jeden konno wybrał się na przejażdżkę. Szwentas stał w bramie; zapytał go, dokąd jechać myśli? Jerzy popatrzał wkoło, nie wiedząc, co odpowiedzieć. W oddaleniu wieże zamku malborskiego widać było. Ściągnął konia, podumał chwilkę, potem skoczył z niego i oddał cugle Szwentasowi.

— Pójdę pieszo — rzekł kapryśnie — będę swobodniejszy.

Nic nie mówiąc, parobek odebrał konia. Jerzy puścił się ku miastu. Znał on je trochę dawniej, bo i z Wysokiego Zamku przypatrywał mu się, i dawniej nieraz się tam z kim wymykać pozwalano. Dlaczego właśnie dnia tego przyszła mu fantazja zajść do miasta, sam on nie wiedział. Drożyna dosyć błotnista, ponad którą rosły karłowate wierzby, krzaki, prowadziła na przedmieście. Była ona teraz pustą i Jerzy, prędko idąc, ani się opatrzył, jak stanął u pierwszych domostw drewnianych, otoczonych ogrodami. Ulic tu jeszcze nie było wytkniętych porządnie, każdy się jak chciał budował i rozkładał. Za domostwami kolonistów rolników, powoli zaczęły się ukazywać kuźnie, mieszkania rękodzielników, warsztaty, domy ze sklepikami, których okiennice za stoły do sprzedaży służyły. Ubiór Jerzego, który prostą czarną miał suknią na sobie bez żadnej oznaki, jakich się tu co dzień mnóstwo przewijało, oczu na niego nie zwracał. Mógł więc swobodnie puścić się w głąb miasta, ku targowicy97 i kościołowi.