— To nic nie szkodzi, odparł ziewając ks. Andrzej, ja się w żadne interesa nie wdaję, a żeś asińdźka będąc panną była u mnie na wieczerzy, ja nie mogę za to przyjąć obowiązków plenipotenta...

— Książę wcale na mnie łaskaw nie jesteś?

— Owszem, nie chcę asińdźki zwodzić, bo choćbym przyrzekł, to bym nic nie zrobił, ale jakże nazwisko? Dorobek? Parobek?

— Dobek... starościna borowiecka!

— A! tak! a nie znasz pani tej pięknej panny Laury Dobek... co grała na teatrze? dodał książę... Co dla tej tobym poszedł w ogień i w wodę.

— To moja pasierbica! opryskliwie zawołała starościna, niegodziwa dziewczyna.

— Ale bardzo ładna i młoda! rzekł książę chłodno... czy pani ją odzyskałaś?

— Nie wiem gdzie się znajduje.

— Była tu w Warszawie, wszyscyśmy ją admirowali w „Polyeukcie,” mówił książę zapinając mankietki... Warszawie całej głowę zawróciła — i mnie.

Dobkowa ukąsiła się w wargi.