— Ach! wuju! rzekł po chwili — i mój los do twego podobny; gdybym ciebie utracił, cóżbym miał na świecie?
— Kochankę! odparł Suchy z uśmiechem ironicznym.
— Bogdajbym nie był prorokiem!
zawołał młody Tobiasz z smutnym zapałem spuszczając głowę na piersi — ale kobieta! kobieta jest kwiatkiem, którego kolory lada promyk słońca odmienia, nowość silnie ją uderza, przeszłość ginie w morzu pamiątek, a przywiązanie słabnie w jej sercu powoli i pęka! na wieki!
— Dziwi mię ta mowa! z twoich ust Tobiaszu — zawołał Suchy wpatrując się w niego i jakby chciał wybadać, czyli szczerze mówił. Ach! i ty już znasz kobiety — nie z doświadczenia — ale z przeczucia!
Umilkli i stali smutni, ale ich smutek przelany z serca do serca ulżył ciężaru obudwóm, i unosił się z lekka nad ich głowami, jak mgła jesienna, za którą jaśnieje, pogodne słońce.
— Patrz! zawołał nareście Suchy widząc nadbiegającego Ruperta, ta mała poczwara, którą podobało się Bogu, zlepić z samej żółci i jadu, zobaczym jak się łasić będzie, aby pokryć wewnętrzne uczucia.
To mówiąc Suchy przybrał spójrzenie ostre i poważne, a Rupert jak tylko ujrzał Tobiasza, zmarszczył się i spuścił z tonu o pięć procentów — chciał uniknąć spotkania — ale niewypadało raptem z drogi się zawrócić — chciał minąć dom, ale go Suchy zatrzymał.
— Dokąd bracie?
— Na Karmelickie mogiłki.