— Czy nie wstąpisz do Majstra?

— Może — nie — bo — bardzo mi spieszno.

— Jeszcze nie późno — chodź z nami.

Rad nie rad poszedł Rupert, a idąc, mruczał jak niedwiedź pod nosem. Zbliżając się do izby Majstra, usłyszeli wielki hałas, krzyk, zamieszanie! Wchodzą — co za widok! Hersylia z załamanemi rękoma stoi w pośrodku izby, Majster z wyrazem rospaczy na twarzy zagląda w próżną jakąś szkatułę będącą na stoliku.

— Cóż to ci panie Majstrze? zapytał Rupert.

— Ach! dajże mi się przynajmniej wypłakać spokojnie, wrzasnął zagadniony — czyli wylać łzy spokojnie, albo spokojnie zalać się łzami...... nie dokończył biedak, bo spójrzawszy na szkatułkę znowu lamentować zaczął.

Tobiasz zbliża się do Hersylii — Cóż to twemu stryjowi?

— Skradziono mu pieniądze — odpowiedziała z cicha — a na mnie cała bieda!

— No! Majstrze nie bądźże dzieckiem, odezwał się Suchy, czy to tak wielka szkoda jaka?

— Ach! nieopisana, niewypowiedziana, nieokreślona, niezadeterminowana szkoda — odpowiedział nareście Majster utuliwszy się cokolwiek. Tej przeklętej nocy, kiedy to...... chodziłem z wami, i do domu mnie nie puszczono, w której utraciłem rozum, reputacyą.... trzebaż było na dobitkę, abym jeszcze utracił 50 kop groszy pragskich. Złodziej wkradł się do mego domu nocą, i wydarł je z mego ojcowskiego łona.... O! łotrze przeklęty! chyba nie ma sądu i sprawiedliwości, jeżeli cię nie powieszą — co mówię? jeśli cię nie poćwiertują, nie spalą, nie odrą żywcem ze skóry, nieoskubią, nie pogruchoczą ci kości — nie.... tu mu tchu zabrakło i stanął zadyszany i najeżony — zły jak opętaniec, rzucając na przytomnych ogniste spójrzenia.