— Czyż to już ostatek twoich pieniędzy? rzekł ciesząc go Suchy, w którego mowie przebijała się ironia, tak skryta, że jej Majster, ani się mógł domyślić — a ówże kufer wczorajszy?

— To — swoją drogą — odezwał się Majster płaczliwie, a to swoją — ziarnko do ziarnka, zbierze się miarka — 50 kop groszy pragskich! pragskich bitych groszy! mój Boże! gdybym je pożyczył jakiemu roztrzepańcowi, na dobry fant jaki — miałbym z nich piękny dochód!

Wszyscy ruszyli ramionami — nawet Rupert chciał się uśmiechnąć, i otworzył już nawet gębę, ale w połowie uśmiechu, spójrzał na Tobiasza — gniew zawrzał w sercu i uśmiech niedokończony skonał na wargach.

— Jakże to przecie było? Panie Majstrze? zapytał Rupert.

— Oto tak — odpowiedział Bartłomiej — ten kochany pieniądz mój — tu łzy otarł rękawem — gorzko zapracowany — znowu rękaw wypełnił powinność — stał w tej szkatułce koło okna. Owej to przeklętej nocy, kiedy musiałem dzwonić zębami pod bramą własnego domu, raniej jeszcze odemnie zapukał któś, odezwał się moim głosem, Hersylia otworzyła ale ona mi to przypłaci.

— Cóż ja....

— Milczeć! przerwał Majster; chcącej się usprawiedliwiać Hersylii — on poszedł do mego łóżka — umf! co za zuchwalec — do mego! łóżka! odesłał Hersylią do łóżka swojego na górę — to jeszcze wielkie szczęście, że to być musiał jakiś lis stary nie łakomy na dziewczynę — sam zaś położył się na mojém łóżku! o zgrozo! kiedy ja pukałem do bramy, on okno otworzył, wyłajał mię, groził sądem Ławeckim i kiedy ja — o zgrozo! spałem na ławie przed domem — on wylęgał się na moim materacu — o zgrozo! i rano wysunął się z memi pieniędzmi — o zgrozo! dziś dopiero opatrzyłem się, że mnie okradł ten bezczelnik — bo kiedy, swoim zwyczajem chciałem jak zawsze czynię, raz w tydzień, przeliczyć moje szczupłe zbiory — patrzę! nie ma! ach! nie ma! próżno! mało nie zwarjowałem — mój Boże — czémże jest wielkość ludzka! z tej pełnej szkatuły, dziś czcze tylko miejsce pozostało! ale łotr przypłaci mi to — są sposoby na jegomości — są! o! są! Majster Bartłomiej nie osioł, nie bałwan, okpić się nie da! oho! ho! nauczę ja go, co to jest kraść pieniądze moje — i spać całą noc na moim materacu! Pięćdziesiąt kop groszy Pragskich! zdaje się summa poważna, i na nią ośmielił się podnieść świętokradzką rękę! oh! już dziś nic, jak widzę, nie ma świętego na świecie!

— No! dosyć lamentu! przerwał Suchy, całe życie przecie lamentować nie można — to drobnostka!

— Otto! drobnostka! przerwał z zapałem Majster, piękna mi drobnostka — 50 kop groszy!

Rupert przez ten cały czas, jak trwała rozmowa, spoglądał złośliwie, to na Hersylią, to na Tobiasza; najzawziętsza zapalczywość w nim wrzała, a plany zemsty snuły się już po głowie — Rupert był obrótny, i zręczny, kiedy szło o dokuczenie komu.