— Oto Herburtowski statut — który ci za odpowiedź stanie, mój stryju — rzekła podając pięknie oprawne, polskie tego statutu wydanie z roku 1570.

Bartłomiej nie spodziewał się, tak energicznego oporu, spuścił więc nieco z tonu i pokorniej zaczął mówić.

— Ale bo — moje serce, czyli — albo — moje serce! powinnaś mieć w pamięci, ile mię kosztowało twoje wychowanie.

— Delikatna to sprawa, ale i to przypomniećby sobie należało, że summa zostawiona po śp. matce.

— Jaka summa?

— Złożona u stryja dla mnie — mój posag, z którego się dotąd utrzymuję. Jeżeli więc naraziłam stryja na jakie koszta gotowam je wrócić, wdzięczną jestem za jego starania, ale ślepo posłuszną być nie mogę — gdyż niechodzi tu, o chwilę, ani o godzinę, ale o szczęście życia całego.

— No! no! dosyć! dosyć — idź się tylko ubieraj! Jaki filut z dziewczyny! no proszę! paple jak drugi prokurator.

Z południa kolasa zaprzężona dwóma końmi siwemi z grzywą i ogonem ponsowym, zatrzymała się przed domem, a z kolasy wysiadł młody człowiek w bogatym hiszpańskim stroju, który był wówczas najmodniejszy.

Lekka fioletowa tunika w złote gwiazdki miotana okrywała go, biała jak mleko kreza, filuternie karbowana wznosiła się około szyi, u boku wisiała sadzona diamentami szpada, na szarfie białej ze złotem — u bótów połyskiwały z czystego złota ostrogi, u kapelusza powiewały strusie białe pióra, osadzone w świetnej, ognistej sprzążce diamentowej — a płaszcz z najcieńszego bisioru, kończył ten wytworny ubiór.

Twarz młodzieńca, była cudnie piękna, pełna ognia i żywości, a pukle czarnych włosów drogą wonią zlane, spadały na ramiona. Za nim z kolasy wysiadła mała garbata figurka, był to Rupert, w aksamitnej todze, w sobolej czapce, z pierścieniami na wszystkich palcach, z łańcuchem złotym na szyi.