Bartłomiej pokazał się zaraz we drzwiach, w swiątecznym seledynowym kuntuszu, w kanarkowym żupanie, z karabelą, z czapką pod pachą, w zielonych bótach, i wśród tysiącznych ukłonów, na które dumnym uśmiechem, klepiąc go po ramieniu, odpowiedział Wojewodzic, wprowadził go do komnat.
Zdaje się, że nikt nie wątpi, że Wojewodzic ów jest tym przerobionym starcem, który się tak nagle w młodego przeistoczył.
— Dalibógże — szepnął Majster Bartłomiej Rupertowi, niespodziewałem się, żebyśmy go, tak pięknie wykfalifikowali!
Rupert uśmiechnął się tylko — a Wojewodzic wziąwszy się w boki, wszedł dumnie na salę. Hersylia jaśniejąca wdziękiem własnym i ozdobą stroju, siedziała nad księgą, niedbale sparta o stolik. Wojewodzic spójrzał, uśmiechnął się i daleko weselej, daleko pokorniej postąpił naprzód, skłonił się i usiadł przy drugim stoliku.
Rozmowa zaczęła się sobie, jak zawsze, od deszczu i pogody, a Majster z Rupertem wyszli zaraz zostawując ich sam na sam.
Trzeba było, być grzeczną dla gościa; ale Hersylia nie umiała udawać, a kiedy serce jej było oddalone od niego, a zamiary Majstra czyniły ją niespokojną, nieumiała ukryć swej oziębłości i odpowiadała tylko. Tak! nie! na wszystkie jego pytania. Wojewodzic nie przywykły, do takiego obchodzenia się z sobą, krzywić się zaczął, kiedy Tobiasz z surową miną wszedł do komnaty, skłonił się bardzo nieznacznie gościowi, i pocałował rękę Hersylii, której twarz rozjaśniła się widocznie. Wojewodzic był jak na szpilkach, i im dumniej spoglądał na muzyka, tém muzyk pogardliwiej z nim się obchodził. Nareście Tobiasz usiadł przy kochance i zaczął z nią pocichu rozmawiać, a Wojewodzic został się sam jeden, nie mając do kogo słowa przemówić.
— Robota około odbudowania zamku idzie śpiesznie — rzekł Wojewodzic usiłując zawiązać rozmowę.
— Dosyć — odpowiedziała Hersylia.
— Słychać, że X. Biskup niebespiecznie jest chory.
— Tak powiadają.