Dotąd między Julją a Janem miłość wzrastająca codzień, widoczna dla oczu ludzkich, im obojgu wiadoma, nie wyszła jeszcze wyznaniem przez usta. Ale ten moment stanowczy zbliżał się. — Wypowiedzenie miłości jest początkiem drugiej w niej epoki, która ma właściwy sobie charakter. Pierwsza karmi się więcej ideałami i nadzieją, myśli dwóch istot blizko siebie, ale nie sprzężone jeszcze latają; w drugiej starają się zrównać, spoić, związać i idą w roskosznem uścisku ku dalekiemu jeszcze, ale już świtającemu szczęściu. Cóż, gdy to szczęście, ten cel jak wszystko najróżowiej się śmieje, dopóki niedoścignione, dalekie! —

Już zmierzchało, a kochankowie siedzieli jeszcze u stołu przy kanapie, trochę oddaleni od siebie, ale co chwila niewiedzieć jakim przypadkiem zbliżając się powoli. — Jan opowiadał o swoich podróżach. Julja żartowała, ale w głosie jej słychać było wzruszenie i bojaźń poprzedzającą zawsze wielką życia chwilę.

Marja przebierała od niechcenia po klawiszach fortepianu, żeby rozmowy nie słyszeć, twarz jej blada na policzkach dwojgiem rumieńców gorączkowych zapaloną była.

— Podróż, mówił Jan do Julji — jak wszystko w życiu najroskoszniejsze, gdyśmy nie sami. Widzę, i myśli, które we mnie widok budzi, niemam z kim podzielić, serce mi bije, a niemam czyjej dłoni położyć na niem z pytaniem — a twoje? Często największe roskoszne wzruszenie kończy się smutkiem i myślą bolesną — Czemużem sam jeden! Lecz jak w podróży, nietakże w życiu całem?

— Może, cicho odpowiedziała Julja — ale jak często dwoje ludzi, z których jeden ciągnie drugiego przeciw woli, podobni są tym psom gończym, których kiedyś widziałam w dziedzińcu na sforze —

— W ówczas gdy ręka obca ich zwiąże, — lecz jeśli sami dobrowolnie się znajdą, zbliżą, powiążą? Nie sfora, ale serce łączyć ich powinno!

— A na długoż wiąże serce?

— Czasem — na zawsze.

— Tak, ale to tylko — czasem. I możnaż kiedy być pewnym, ze to co obiecuje być zawsze, nie potrwa nad chwilę?

Jan zamilkł.